Emil Adam Wnuk – rocznik 1985, urodzony i zamieszkały w Chorzowie. Przed debiutem książkowym. Publikował w kilku periodykach papierowych i internetowych. Laureat kilku konkursów i turniejów poetyckich. Lubi koty.

 

 

 

ŻMIJA

 

Ze wszystkich prezentów urodzinowych

bliźniaczki najboleśniej wspominają skakankę. Gruba żyłka

łączyła plastikowe rączki, a także dziewczynki w cierpieniu.

 

Kiedy podekscytowane stały z matką w sklepie,

a sprzedawca kładł na ladzie zapakowaną w celofan zabawkę,

nie wiedziały jeszcze, że niewinny artefakt

w nieodpowiednich rękach może służyć jako narzędzie tortur.

 

Rodzicielka wieszała prezent na drzwiach pokoju dziecięcego

i mówiła: “Oto wasza dyscyplina, wy małe kretynki”.

Wtedy dziecięce głowy wypełniała pewność,

że piekące pręgi przykleją się do skóry, nazajutrz w szkole

ślady matczynej troski będą tajemnicą poliszynela i piętnem.

 

To dlatego dziewczynki zaplanowały zbrodnię,

przy użyciu nożyczek poćwiartowały skakankę.

 

Żmija nie ukąsiła ich już nigdy.

 

PIERŚCIEŃ (WIERSZ O OBLĘŻENIU LENINGRADU)

 

Aleksandra Borowikowa notuje w dzienniku:

„Wyglądam jak wszystkie te upiory,

same kości i pomarszczona skóra”.

Nie są to zapiski anorektycznej dziewczyny,

Aleksandra jadłaby, gdyby mogła.

Coś więcej, niż chleb

w którym sukcesywnie maleje

proporcja mąki względem trocin.

Pozbawione pożywienia miasto

zaczyna trawić siebie.

Szczury, gołębie, korę drzew,

skórzaną galanterię. Ciała kobiet

cenią każdą kroplę krwi,

dlatego przestały miesiączkować.

Rodziny wewnątrz mieszkań obdartych z fasad

pogrążają się w dystrofii.

Patykowate sylwetki owinięte kożuchami

upadają na bruk

i przymarzają do niego.

 

MIASTO ŚPI, A MNIEJSZA SIOSTRA W SWOIM ŻYWIOLE.

 

Wokół kamienicy wyrósł metalowy kościec.

Przypomina omasztowanie żaglowca,

na którym między siódmą a szesnastą

pracownicy budowlani uwijają się jak majtkowie.

Rubaszne komendy i takie same odzewy.

Dolby surround przekleństw.

Nocą konstrukcja zamienia się

w wielką drabinkę dla kota.

Czworonóg wychodzi kuchennym oknem,

wskakuje płynnie na drewnianą platformę i poszerza,

asymiluje terytorium.

Nie wie, że to podarunek tylko do końca wakacji,

bo na koniec sierpnia

przewidziano termin zakończenia robót.

Póki co, pupil okrąża budynek

i wślizguje się oknem do mojego pokoiku.

Na podłogowych panelach

zostawia mgliste, szare ślady łapek i przysiada na sofie.

Wącham sierść,

pachnie ścianą z mojego dzieciństwa,

Śrubokrętem taty drążyłem w niej dziurę, chcąc zrobić wizjer.

Wierzyłem, że wnętrze skrywa sekretną przestrzeń,

gdzie żyją ci sami ludzie,

którzy mieszkają w łazienkowym lustrze.