Dominika Lewicka-Klucznik – rocznik 1978, animatorka, filolożka. Od początku istnienia Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego angażuje się w jego działania pisarsko oraz organizacyjnie. Od marca 2014 jest prezeską Stowarzyszenia Alternatywni, które zajmuje się organizacją wydarzeń kulturalnych w Elblągu, a przede wszystkim Festiwalu Literatury „Wielorzecze”.

Jest redaktorką, autorką wstępów, recenzji oraz materiałów promocyjnych. Publikuje w antologiach, pismach literackich i kulturalnych. Jest laureatką ogólnopolskich konkursów literackich i turniejów jednego wiersza.

W 2013 wydała debiutancki tom poetycki „Samopas” nominowany do nagrody Orfeusz w kategorii Orfeusz Mazurski.

W 2016 roku odebrała nagrodę Kreatora Kultury od Prezydenta Miasta Elbląg za dotychczasową działalność. W tym samym roku ukazał się drugi tom poetycki autorki pt. „Limit na cuda” (Poznań), który został Elbląską Książką Roku.

W 2018 roku odebrała Nagrodę Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony dóbr kultury.

W styczniu 2019 ukazała się trzecia książka M+M, która dotyka tematu niepełnosprawności, wykluczenia, macierzyństwa.

Prowadzi blog/stronę autorską: www.lewickaklucznik.pl

 

NDT

 

Słowami, które najczęściej tu słyszała, było „nie”
i „musisz”. Terapeuci stawali na wysokości zadania,
po kilku dniach przestali patrzeć na nią z wyrzutami
oraz bombardować informacjami o metodach rehabilitacji
czy najnowszym sprzęcie, który powinna mieć.

Powoli tłumaczyli anglojęzyczne skróty i przekładali
na rozumowanie Mariolki medyczne określenia.
Od tej wiedzy bolała ją głowa. Mariankowi
zaś rozrywało ciało. Na siłę prostowano mu ręce i nogi,
nadawano kierunki palcom, ugniatano zalążki mięśni
jak ciasto na wigilijne pierogi.

Najgorsze były wyroki, które kończyły się zdaniem
wszystko może się zdarzyć, bo ludzkie ciało jest niepoznane
i pojawiają się nowe metody, ale…

Ale Marianek przegrał pierwsze siedem lat.

Mariolka słuchała tego wszystkiego bez wyrzutów sumienia.

 

 

Lokomat

 

Pierwszy raz słyszała, żeby Marianek tak wył.
Nie płakał, nie krzyczał, tylko wył. Wsadzono
go w maszynę, która miała sprawić, że poczuje
chodzenie. Zmierzono długość nóg i rąk,
próbowano wpasować kręgosłup w sztywny gorset.

A plecy uparcie zginały się do przodu, a barki koślawo
chyliły w lewą stronę. Tak nie było dobrze.
Czterech mężczyzn upychało Marianka w formę
prawidłowej postawy. Poszły w ruch łokcie i kolana,
kilometry taśm z rzepami, specjalne nakładki.

Zrobimy mu odpowiednią lordozę, opaska zmniejszy
przeprosty, a kask będzie chronił głowę. Postawili Marianka.
Ruszyła maszyna. Nogi po kolei podnosiły się i opadały, ciało
balansowało z lewej na prawą, a ręce nadawały rytm.

Chodziło to z Mariankiem. A on wył wczepiony w zimny
metalowy stelaż, z głową, której nigdy nie trzymał tak wysoko.
A Mariolce płynęły łzy. Nie dlatego, że zobaczyła, jak syn stawia
pierwsze kroki. Dalej nie rozumiała, po co to wszystko.

 

 

Biblioteka

 

Dzieci w tym miejscu mają grube segregatory
badań, opinii i zaleceń. Są częściej oglądane
przez lekarzy niż zdrowi rówieśnicy. Czasem
stanowią przecież możliwość wykazania się
i szukania metod leczenia. To nie eksperyment.

Dzieci spoza normy są częściej oceniane,
czy przybrały czy przyrosły, jak mieszczą się
w siatkach, tabelach i parametrach. Zazwyczaj
nie pasują. Rodzicom więc pozostaje
szukanie rozwiązań medycznych i niemedycznych.

Takie Marianki, o które walczono, mają łamane kości,
podcinane ścięgna, paraliżowane mięśnie i wstrzykiwane
w ciało substancje. Potem tygodnie w gipsie lub ortezie
i kolejne miesiące rehabilitacji między jednym a drugim
eksperymentem. O tym, że znowu poszło nie tak,
świadczy ilość nowych kartek w grubych segregatorach.