Aleksander Wierny – urodził się (w 1973 r.) i mieszka w Częstochowie, pomieszkuje w Sygontce. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim. Kiedyś – dziennikarz prasowy i telewizyjny w lokalnych redakcjach, dziś – urzędnik. Wydał prozę gatunkową – kryminały Światło i Teraz, horror Krew i strachoraz autobiograficzną prozę Matka mojego dziecka. W marcu 2019 roku ukazała się jego debiutancka książka poetycka Sygontka (K.I.T Stowarzyszenie Żywych Poetów).

JAKOŚ, JAKIEŚ

Zwierzę biega w mieszkaniu nade mną,
pazury drapią podłogę tylko w ciemności,
słyszę je bardzo często przed zaśnięciem
i nikt więcej, bo ta bestia biega dla mnie.

Pędzi dalej nawet wtedy, kiedy już zasnę,
przedziera się przez pustą przestrzeń snu –
przemierza pętlę i następnej nocy wraca
do mieszkania na najwyższym piętrze.

Najpierw się bałem, teraz na nią czekam,
chociaż nigdy nie spotkałem jej na klatce,
ani przed blokiem – znam zgrzyt pazurów
i wiem, że bestia wróci, bo jest jak ja i ty.

Mieszka w zamkniętej przestrzeni siebie,
jakoś przeczuwa albo może słyszy kogoś,
dla kogo zrywa się w ciemności i biegnie
wierząc, że pazurami śle jakieś sygnały.

 

WŚRÓD WZGÓRZ RZECZY Z RDZY

Wędrujemy wzdłuż rurociągu i rzeki,
mój mały syn i ja – to stara dzielnica,
tutaj powstały fabryki, więc i miasto,
teraz mijamy wzgórza rzeczy z rdzy.

Nie umiem mu opowiedzieć o rurach,
bo nie wiem co i po co w nich płynie,
niewiele lepiej rozumiem nurt rzeki:
wrzucamy do wody brudne kamienie.

Idziemy między rurociągiem i rzeką,
potem ścieżka zamienia się w ściek,
z błota wystają zgięte kości maszyn,
więc cofamy się i wspinamy na wał.

Wracamy do miasta, obcego miejsca,
w którym mieszkamy (ja tu też umrę),
strumienie płyną rurami pod spodem,
niesie nas nierdzewny nurt rozmowy.

 

MIEJSCE SPOTKANIA

Śnieg i deszcz nie przebiły się do środka,
owady też rozbiły się na przedniej szybie,
ciągle pchamy się przez przestrzeń i czas,
żeby szybko dotrzeć na miejsce spotkania.

Wewnątrz nie czujemy wiejącego wiatru,
ale wiemy, że jest, bo skrzydła wiatraków
co stoją wzdłuż drogi, wolno się obracają,
coraz wolniej: bardzo osłabł silnik świata.

Ciągle pchamy się przez przestrzeń i czas,
żeby szybko dotrzeć na miejsce spotkania,
śnieg i deszcz nie przebiły się do środka,
lecz z ciałami owadów rozmazały obraz.

Wewnątrz nie czujemy wiejącego wiatru,
ale wiemy, że jest – gną się gałęzie drzew,
niewyraźny świat obraca się wokół siebie,
a my gnamy co tchu na miejsce spotkania.

Śnieg i deszcz nie przebiją się do środka,
owady ciałami zaraz zasłonią całą szybę,
wiatr całkiem ucichnie, więc obroty ustaną,
nikt na nas nie czeka na miejscu spotkania.