Chorzowski Port Poetycki jest na wyspie, ale wyspie zamocowanej w konstelacji pokrewnych sobie zjawisk. Dzięki facebookowi ta relacja może być wręcz nieprzerwanie utrzymywana i stale pobudzana nowymi bodźcami. Port, jako impreza ma oczywiście swoich organizatorów (Barbara Janas-Dudek, Jacek Dudek, Włodzimierz Szymczewski), których roli w żadnym stopniu nie należy umniejszać, jednak wydaje się, że gdyby nie oni to miejsce zmaterializowałoby się wręcz samorzutnie. Niszę wypełnia się zawsze w ten sposób, zupełnie naturalnie jakby w konsekwencji odruchu – z dala od centralnego planowania.

Chorzowski Port Poetycki pozostając w odniesieniu, w ścisłym związku z poetami z całej Polski, wydaje się być jednym z ognisk, zarzewi czegoś na kształt drugiego obiegu. Obszaru, który w znacznie mniejszym stopniu uwikłany jest w rozmaite układy i zależności. To jest różnica jakościowa, różnica proporcji. Potężne ośrodki opiniotwórcze zainstalowane bezpiecznie przy organach wykonawczych jakimi są czasopisma tzw. „dużego obiegu” poprzez swe ukąszenia światopoglądowe zdają się tracić na mocy opiniotwórczej. Przecież każdemu, kto wymościł się wygodnie w gronie laureatów rozlicznych konkursów poetyckich jest doskonale wiadome do czego maja słabość krytycy i jurorzy (oczywiście nie chcę uogólniać). I nic w tym nie ma specjalnie zdrożnego, bo przecież ktoś mógłby powiedzieć, że taka jest funkcja tego mechanizmu. Jednak śledząc rozliczne perypetie życia literackiego, czy też kulturalnego śmiało można poczynić spostrzeżenie, iż w obrębie tego systemu nadbudowują się pewne stereotypy relacji – sytuacje patowe, które bynajmniej nie sprzyjają swobodzie myślenia.

W odpowiedzi na potrzeby, wręcz oczekiwania środowisk wyrastają jak grzyby po deszczu publikacje multiplikujące pewien styl orzekania, który w sposób, w moim odczuciu niezasłużony, często określa się mianem krytycyzmu. Schemat, który odnajdujemy przy okazji świeżutkiej pracy na temat ks. Twardowskiego, czy już trochę starszej o Wałęsie przedstawiającej go jako tajnego współpracownika bezpieki (abstrahuję oczywiście od faktów i ich autentyczności, bo to w danym momencie nie jest przedmiotem moich zainteresowań) służy do dekonstruowania mitów wedle pewnego rytuału. To co ma przełamywać konwencje jest w istocie jej antagonizmem, jakby antykonwencją, a przez to nie przestaje być jej przedłużeniem, powtórzeniem. Pozwala to postawić pytanie dlaczego spostrzeżenia czynione przy pomocy takiego narzędzia mają wychodzić poza machinalne ujecie prawdy o człowieku. To tylko jeden z wielu zauważalnych przejawów wynikający (oczywiście tylko po części) z istnienia tegoż systemu zależności. Takie multiplikacje może potrzebne są w kreowaniu zjawisk kulturotwórczych, ale sztuka powinna wymykać się z pod reżimu powtórzeń i gotowych już wzorców.

W telewizji powstaje swego rodzaju moda na opakowywanie kultury i sztuki (wpisanych pod jeden wspólny mianownik) w dizajnerską obwolutę, nieznośnie bezpieczną w swej programowej nibyniebezpieczności. To taka prowokacja, której się spodziewamy, gdzie między słowem „kurwa” a wizerunkiem Myszki Miki można postawić znak równości (proszę mnie źle nie zrozumieć broń Boże nie próbuję ubliżać Myszce).

Może to naiwna wiara ale mam nadzieję, że środowisko, które zaczyna formować się wokół „portu” i innych ośrodków tego kłącza przez jakiś czas będzie mogło tworzyć alternatywę, pozostając niejako w większym dystansie do tego dyktatu, a przez to pozostając tym samym bliżej tkanki, a nie jej intelektualnej, planowej wizji. To bez wątpienia wymaga determinacji i odwagi. Tym bardziej, że nie należy zapominać, iż w perspektywę takich nisz, równie naturalnie wpisane jest dogasanie (choć dogasanie to nie jest dobre słowo, bo zbyt łagodne). Ten koniec często związany jest ze sprzeniewierzeniem i upadkiem, ale bez takich zjawisk nie ma autentycznego procesu przemian. Choćby i tylko chwilowego wyjścia poza skostnienie, doświadczenie czegoś zewnętrznego.

 

Krzysztof Tomanek, Tarnowskie Góry listopad 2011