urodził się w 1965 roku w Nowej Dębie. Rolnik, handlowiec, mechanik, żeglarz – wolnomyśliciel hołdujący wschodnim ideałom. Polak, ale jednak obywatel świata. Tworzy poezję i prozę. Od ponad dziesięciu lat zapuścił korzenie w Ziemi Oświęcimskiej, we wsi Piotrowice – Granice Głębowskie. Rodzinnie związany jest z Zagłębiem i Górnym Śląskiem. Publikował między innymi w Arkadii, Nowym Zagłębiu, Okowykolu w Protokołach literackich, Migotaniach, przejaśnieniach, SOSNArcie.

 

Europa

 

ogród był cichy popołudniowy
Słońce widzi nas, twoje dłonie zajęte pieszczotą
czerwone mięso pod czarną skórą wabi cię
biel aksamitu włosia porywa na wyspy dalekie
ani krzyk ani wilgoć twojego dosiadu

krzyk  twoje  nogi obejmują mnie mocniej
kołyszesz biodrami rytmicznie w galopie
Europo twoja frywolność i nie ukrywane studium
bólu, zadawanego sobie i innym we wzajemności
tłumy pędzące na zatracenia słabych, place z ludźmi
grzejącymi dłonie przy stosach, męstwo sprzedajne

grzeszne uciechy i suchość katedr, wbitych jak drzazgi
mędrcy, humaniści, w imieniu dobra, zabijający słowem
koła twoich instytucji mielące odmienność
w mąkę, na mace marszy z pochodniami
niewinność Kacper Hausera, unurzana w wyrzucie
zderzenia obrazu bytu z ideałem mniejszego zła
pragmatyzm statystyki nasączony egzystencjalizmem
obozów zagłady, obcinający racje bytów

pustką kalorii, zniewoleniem witamin, elektrolitów,
chwytne dłonie, pustoszące świątynie innych światów,
przyjdą, będą drutować mi powieki, mam zapomnieć
obrazy, przypną do łóżka pasami, napoją kroplówką
w czwartym miesiącu oblężenia, wiosna, kładę dłonie,
amfetamina z koką, gdy leżę między twoimi udami

głaszczą mi korę mózgową, dotykam zwierzęco spustu
po drapieżnej nocy pełnej księżyców, nie odnajduję
spełnienia, na polu na lewo od zburzonej synagogi
stoi dziewczynka i płacze, zamiast laski ściska granat
sanitariusz z karetki z wyraźnym krzyżem, podbiega
do krzyczących, wiadra jeszcze kołyszą się puste,
mija ją, pozwalam mu na swobodę w selekcji

czekam na dłoń która popchnie ją ku mnie, już od tygodnia
hydrant mają w wyjątkowo złym miejscu, bez osłony
próbują dobiec, sięgnąć, ja wcale nie muszę być dobry,
ma ściśnięte oczka i rozwiązany bucik, czuje mnie instynktem
ofiary, będę miłosierny, na szczycie sali zakratowana żarówka
dopełnia samotności, tu już brakuje okien, jest biel zimna,
sen opuścił mnie, będą się radzić co do minerałów, szczepów,
kobieta podbiega do małej, odrzuca niechlujnie granat
bierze małą na ręce, odłamki orzą jej plecy, nie ma dużo krwi,
dym i strzępy, mała macha niemo rękami, mężczyzna,
karabin i dziura w głowie, jestem szybki, przewraca małą,

świat robi się ciasny, nie ma ciszy, krzyczysz w nieznanym języku,
kładę ci dłoń na usta, demonstrujesz z koleżankami na platformie w Berlinie
Europo, szybko zapominasz, obracając się na plecy, by mnie czuć głębiej,
po trzewia, krzyczałem z masowych mogił, na łózkach psychiatryków
lekarstwa przywołują spokój Rzymu i krwawe rzeki Dacji
patrz mi w oczy połykając nasienie i krztuś się, niech łzy płyną

pielęgniarka bezbłędnie zetrze pianę i wydzieliny,
przed konsylium
będziemy tacy wyluzowani,
tacy cacy cool

 

Przyjacielowi, pejzaż prowincji daję

 

Katecheta to święty człowiek, łapie motyle
Poi je kroplą wódki i przyszpila do tablo
Rzeźnik ma miękkie serce, upija się samotnie
Policjant pilnuje przed złem a grabarz knuje

Słyszała głosy gdy rozkładała nogi w życie
Za stara szkołą, a życie kluło się
Nasienie spływało po udach, marzyła o locie
Patrzyła na chmury, zbierała kolorowe kamyki

Umierała o świcie, bez ptaków gwoździ i szumu
Radia porzuconego na wyczerpanie za domem z zieloną
Kratą, wystarczy oderwać ostatnią stronę kalendarza
Przeprosić i odlecieć, wiek ani kolor trumny tu nic
Nie da

Słowa i nic co boli bardziej, szeptali jej że piękna
Dyszeli i znów mogła oglądać chmury
Będzie dobrze, szeptała w wannie z żyletką

Grabarz knuł i kopał, ksiądz odmówił, a oni zapomną

 

Kombinat

 

zawsze mi się wydawało, że bycie mną to coś dobrego,
teraz wiem. że to jedynie łapanie myśli w pajęczyny,
babie lato umysłu trwa bolesne, mimo delikatności
materii. złudnego ciepła, przestrzeni, horyzontów bytu.

patrząc w lustro, nie odnajduję własnych oczu,
jestem czytelnie, lecz nie sobą. pamięć daje widoczne złudzenia
portretu. ani to labirynt, ani mapa, która gdzieś. dokądś. skądś
trwam. zaskakująco nietrwale, ale przytłoczony nadmiarem.
szarpię się ze świadomością przymrozków. dreszczy. słoty.

świadomość, że słońce wstaje. odeszła ze mnie. obca.
koniec babiego lata. nie determinuje, nie puentuje bytu.
kłębię się w aortach. ścięgnach. mięśniach. fizycznie
pożegnałem normalność, nie witając niczego.
ścieram siebie z marzeń, snów, realizacji. trwale
wyzbyty przywiązania. przyjemności identyfikacji.