Włodzimierz Szymczewski urodził się w 1956 w Wolsztynie /woj. Wielkopolskie/. W 1971 roku opuścił rodzinne miasteczko i zamieszkał w Chorzowie. Tam ukończył szkołę średnią. Po rocznej przygodzie z Wyższą Szkołą Oficerską w Koszalinie wraca na Śląsk, gdzie zamieszkuje na stałe. Swój flirt z poezją rozpoczął w szkole średniej. To właśnie wtedy powstają jego pierwsze wiersze. W latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia prowadzi Koło Młodych przy katowickim oddziale SPP. W 1999r. wydaje pierwszy tomik poezji zatytułowany „jak to jest”. W 2011r. ukazał się drugi zbiór wierszy Włodzimierza Szymczewskiego w tomie pod tytułem „Rozmowy z Wolsztyńską Madonną”. Publikuje w czasopismach, jest wielokrotnym laureatem Ogólnopolskich Konkursów Poetyckich. Jest jednym z organizatorów „festiwalu”  poetyckiego – Port Poetycki, który odbywa się cyklicznie w Chorzowie. Jego wierszy można również posłuchać w Polskim Radio Katowice, którego bywa gościem.

Manneken Pis

nazywają to Szwajcarią,a dalej pieszo brzegiem Kamionki
na progu wydra wydłubuje oczy słonecznicy
trzydzieści w cieniu a ja myślę o wigilii

zatrzymuję się na rynku, nie ma storczyków, tylko starcy
i dzieci, między nimi dziura, gęste powietrze
nieprzepuszczające dźwięków – morowe ?

mały Karol opowiedział mi, że był na Grabarce
trzy razy okrążył kaplicę z krzyżem i pocztówką
na której sika Manneken Pis

cicho, coraz ciszej;
nie pamiętam koloru autobusu

 

szczenięta z zatoki św. Wawrzyńca

wyobraź sobie, że jesteś Kalifornijską Uchatką
twoje dziecko bawi się nad brzegiem oceanu
nagle cisza;

podnosisz głowę, z fal wyłania się
czarny trójkąt, ogromne cielsko
wślizguje się na brzeg – jest za późno;
wyobraź sobie, a potem płyń na foki

 

ostatnia stumetrówka Zbyszka C. 

peron; jest zawsze ktoś, kto płacze
i ktoś, kto wskakuje w ostatniej chwili

Wrocław Główny ósmego stycznia
dyżurny ruchu wraz ze świtem podnosi lizak
wtedy jeszcze można było regulować zegarki

dudni brukowana bieżnia; ślisko

dzisiaj na tym samym peronie
już dobrze pół godziny po czasie
dyżurny ruchu nie podnosi lizaka
bawi się z kotem o imieniu Maciek

 

Amade

ten grudzień był wyjątkowo czarny. Woźnica, konie
zaprzęgnięte do platformy i krople – wszystko czarne

Konstancja z synem i kilkoma przyjaciółmi doszła
tylko do bramy. Stanęli na granicy, za którą
śmierć chodzi bez maski. Trwali tak póki

ronda kapeluszy nie ugięły się pod ciężarem deszczu;
woźnica spał, konie dobrze znały drogę. Szły leniwie
stawiając kopyta, wiedziały – pasażerowi nigdzie się

nie śpieszy. Nad dołem przechylili trumnę, taką
wielokrotnego użytku. Wraz z szelestem osuwającego
się ciała usłyszałem jak wzbierał Dunaj. Pierwsze

ruszyły skrzypce, powoli skradając się po niskich dźwiękach
potem fagot, wiolonczele. Gdzieś z boku klawesyn
podniósł wysokie tony. Dęby kaleczą ciała uderzając

o brzeg. Toczą się z gór kamienie, kwiaty porwane
przez wodę, chusteczka dziewczyny i flet zakochanego
chłopca. Wystające głazy rozdzierają bezradne requiem

grabarz przesypuje zwłoki wapnem, a Wiedeń – wybiera
maski szykując się do kolejnego balu – jestem na ziemi

 

właśnie minął pierwszy tydzień jak tu jestem

teraz mieszkamy blisko siebie. Chcę się z Nim

umówić. Pamiętasz, ile nocy nie przespałem,
robiłem kawę, której nigdy nie wypił. Zawsze
był jakiś niebieski powód

dzisiaj szukałem czerwonej ulicy; spytałem
o mapę. Kioskarz miał ubaw – a to pan pewnie
jest ten nowy – prosto, na pewno pan znajdzie.

nie, to nie to o czym pewnie myślisz. Chciałem
tylko sprawdzić, czy tutaj są kobiety z pierwszego
piętra bloku dwadzieścia cztery – tego po lewej
zaraz za główną bramą obozu

zobaczyłem je stojące w kręgu. Długie suknie,
szerokie rękawy. Trzymały przed sobą dłonie
złożone w kołyskę, a w nich ziarno fasoli

jak myślisz, czy tutaj w drzwiach do ich pokoi
nie ma wizjerów?. Czy On, gdy się spotkamy,
powie coś więcej; czy wyjaśni tlący się
w ich oczach napis – „Arbeit macht frei”

PS – z daleka wyglądały jak łabędzie
szykujące się do lotu