Waldemar Kazubek – rocznik 1979, mikołowianin, posiadacz papugi i kilkuset książek. Nie związany ze słynnym Instytutem Mikołowskim. Miłośnik corridy i kobiet, podejrzewający siebie o słabość do walk kogutów. Przez pierwsze dwadzieścia dziewięć lat życia czytywał nieomal wyłącznie prozę. Programowo nie lubi poezji , jako pozerskiej metody chadzania na intelektualne skróty. Dlatego zaczął ją uprawiać. Pisze wiersze, by dać odpór bladze. Robi dobrą minę do złej gry. Bywa, że się awanturuje. Słabo działa w stadzie, choć z drugiej strony nie potrafi spędzać czasu w odosobnieniu. Ukończył Filozofię na Wydziale Nauk Społecznych UŚ (dyplom o Wilhelmie Diltheyu) i nigdy nie napisał pracy magisterskiej na Wydziale Radia i Telewizji nt. „Od czarnej komedii do prawdy o życiu “ twórczość filmowa braci Coen”, choć uzyskał nawet zaliczenie z seminarium, w ramach którego powstawała. Pracuje jako jednoosobowe biuro reklamy i kolportażu w Gazecie Mikołowskiej; kilka lat, choć planował kilka miesięcy. Leń. Zarobkował jako tragarz przy rozładunku soli, pomocnik murarza, pomocnik stolarza, malarz konstrukcji
drewnianych, organizator imprez w agencji modelek, p.o. kierownika w upadającym OW Antracyt w Wiśle, coś na kształt menedżera w najlepszym w
kraju klubie bilardowym a także DJ i wodzirej. Organizował turnieje bilardowe i koncerty bluesowe. Nie został menedżerem zespołu Limboski Quartet, choć szczegóły współpracy zostały omówione i sowicie zakropione (może właśnie dlatego). Coś tam opublikował i dostał też jakieś pomniejsze wyróżnienia i nagrody. Pisze wybitnie, mało (niepotrzebne“ w tym przecinek “ proszę sobie ewentualnie skreślić). Należy do Grupy Literycznej NA KRECHĘ.

 

Anna Karenina bierze taksówkę z Nowego Świata

 
nie odchodź, wykręć numer, to wszystko przecież
jedno wielkie oszustwo. czuję, że monstrualne
jamochłony z japońskich kreskówek, tak lubianych
przez dzieci, opanowały dworce i metro. zabawkowe

samochodziki są bardziej realne niż stolica, która –
przecież wszyscy widzieli – została zburzona. ot, co!
to miasto nie istnieje, tylko domki dla lalek twojej
córki. nie uwierzę już w tutejsze życie nocne poza

snem na parkingu przy ulicy smolnej, gdzie plastikowy
strażnik miejski, miły policjant i ołowiany żołnierzyk
gwarantują spokój przy rozważaniu słów przypadkowych,
wynotowanych z księgi na kawałku kartki, z którego

kloszard (ale to jutro) ukręci papierosa: Oto ja wydaję
to miasto w ręce Pana a On je spali. wydmuchuję dym
w kierunku rzeki i dostrzegam nad nią świt, klucz gęsi, różne
zakończenia grubych książek. Z miejsca, jakiego nie ma,

widać najwyraźniej, to chyba twoja taksówka, ale sama
powiedz, którą z tych dróg można by nazwać powrotną?

 

Jak nie wyłowiłem karabinu dziadka Józka

 

zaczęło się inaczej, ale ja zacznę od tego,
że w kiosku, na wystawie, stał czołg
(radziecki czołg jak marzenie). zabawka.

dużo, dużo wcześniej dziadek Józek,
który mi kupił ten czołg (radziecki
czołg jak marzenie), został dezerterem.

z kiosku szliśmy razem, ja i on, za rękę,
w drugiej niosłem czołg (radziecki
czołg jak marzenie). podbiłem nim osiedle.

on zgubił swój pododdział. został
z karabinem (o, taki karabin, to było marzenie).
utopił go w stawie. wrócił cały. żyje.

to znaczy już nie żyje, ale żył, kiedy ja
miałem łyżwy (siostry – były jej marzeniem)
i jak radziecki czołg prułem taflę stawu

a Wojtek, starszy kuzyn (miał włosy jak
marzenie, długie, jasne – rysy, ślad
na lodzie), on głośno krzyknął: wracaj!

a ja zawróciłem.

 

Nienapisana piosenka Toma Waitsa o nocy w Hotelu Bristol

 

I’ll shoot the moon
Right out of the sky
For you baby
T.W.

Hotel Bristol ma martwe oczy z widokiem
na duchy gołębi. Powiedz, nawet nie sądziłaś
jak piękne historie roją się w głowie ślepca
i jak cudnie gra popsuta trąbka Eustachiusza?

Było zimno. My ślepi, głusi i głodni. W torbie
przyniosłem białe ciało księżyca, bar tutaj mają
podły, chciałem cię nakarmić; resztki, uwędzone
w wiśniowym aromacie dymu z cygaretki,
schowaliśmy w szafie, na później, na teraz.

Miałaś pot jak brokat, dreszcze jak wieczorową
suknię a ja wytryski jak confetti. Spazmy
rozepchnęły ściany pokoiku. Zniknęły drzwi.
Chodź, zamkniemy się na zawsze w wersalce,

bardzo wątpię, że ktoś tam zagląda. Z szafy
coraz intensywniej pachnie księżycem.
Do kasyna nie ma po co schodzić. Czas i tak
odkrywa wszystkie karty, lub gubi połowę talii.