Urodzony w 1977 roku w Sosnowcu. Od piątego roku życia mieszkam w Dąbrowie Górniczej. Ukończyłem politologię oraz dziennikarstwo na Wydziale Nauk Społecznych UŚ . Wiersze pisze od czasów podstawówki ale na poważniej zacząłem interesować się poezją od 2003 roku gdy dołączyłem do społeczności internetowej (nie istniejącej już) Wirtualnej Galerii. Działałem także na takich portalach jak: poezja-polska.org, kraina marzeń, nieszuflada, wywrota. Publikacje m.in w „Akancie”, „Nowym Zagłębiu” Śląsku” ‚SOSNarcie” a także „sZAFa” „Kofeina Art Zine” i PKPZin. Laureat  II edycji konkursu „Wiersz za 100$” PKPzin oraz XXXI i XXXIII Literackiego Hyde Parku- Dąbrowa Górnicza 2008, 2010 r. Wyróżnienia m.in.: XIII Ogólnopolski Konkurs Jednego Wiersza-Chojnice 2007 r.,O „Gałązkę Oliwną”-Opole 2005 i 2006 r.
Stypa

wydeptując ścieżkę do rajskich jabłek odkryłem Amerykę
kąpiącą się w jeziorze, o włosach skręconych jak pukle
pięknej żydówki moszczące siennik żołnierza Wehrmachtu

zbliżałem się do brzegów, poszarpanych zatoczkami
jak odłamkami, a potem tylko karetka w białym obłoku
jeden świadek i pielęgniarz o twarzy męża stanu

z wystających stóp opadał schnący piasek
krople spływając po udach zasilały coś, co śpi
niespokojnie w trawie, pod śniegiem, asfaltem

dziewczynki rzucały płatki róż w procesji Bożego Ciała
pamiętam to ciało, śmierć w czerwcu była młodą kobietą
jabłkiem w czerwonej skórce ledwo draśniętym zębami

ślady piasku mrówki zbiorą po ziarenku, zalęgną się komary
jadłem wtedy maliny obok  jeziora, pocąc się jeszcze bardziej
są bardzo nietrwałe a sezon krótki, z pestek jabłka wyrósł garb

 

Oczepiny

rzeka drgnęła, wody odchodzą, ciało rozrasta się wysepką
rodzisz się nad ranem, gdy pasterze odnajdują topielców
a łożysko odsłania czarne kamienie. schniesz wpatrzona

we wrzącą wodę na piecu, potem zakopią cię do pasa
aby wyprostować nogi, co weźmiesz z ziemi to twoje
ręce kończą się na łokciach. boją się ciebie, woda

przy tobie jest żywa, jak wiecznie powracająca fala
podmywająca bagnisty półwysep. kiedyś zrzucą cię
z przywiązanym do stóp workiem śliskich kamieni

niepokojąco podobnych do oboli. burza opuści
szklankę wody, równowaga wytrąci się jak osad
a może zwiążą włosy, by nie straszyły rozpiętością
podpalą i spławią jak marzannę ostatnim wiankiem

tyle legenda. chyba widziałem cię w przejściu
pod miejskim nurtem, agitowałaś przeciw regulacji rzek
a może zbierałaś na protezy? gdybym przyłożył palce

do tętnicy wyłapałbym puls, sygnał nadawczy
minionego świata. może jestem częścią tej legendy.
chłopcem, który uderzał kijem w okna, gdy rzeka
szlamem zamykała płuca, otwierała się głowa

dziś rzeczy nie mają już właściwej wagi
odciąż więc swoją, oddaj mojego obola
a strzepnę popiół z włosów

 

Zaduszki

wieczór ciepły jak świeży jabłecznik
nie można go pokroić, rozpada się po trochu
czerwcowy deszcz. połykamy wodę pod postacią

niewielkiej chmury. ja chciałbym być burzą
wedrzeć się pod bieliznę i wsiąknąć, zamieszkać
w twoich kościach i wyjść na starość. na trawie jest krew

bardziej krzepka od nas, ścieżka w lesie mniej zagubiona
biegnie nieśpiesznie do krawędzi. w czyjej kieszeni możemy się schować
czy czasem wolno podrażnić to coś, przymykając palcami powieki?

zaznaczmy miejsce rozsypując sól, póki jeszcze stygną
zbierzmy kamienie póki trzymają ogień, korę i patyki
póki przypominają postacie. muszę złapać oddech

pomiędzy oddechami, rozpakować z niezbędników potrzebne słowa
wrzucać partiami do ognia palącego się pod stopami, gasić
jak gaszono papierosy na rękach przesłuchiwanych

czy patrząc przez okulary zdjęte z twarzy, która właśnie zmarła
zobaczę coś więcej? przez wyłom w lesie spozierają eliptyczne
oczy morderczyni. wczoraj dosięgły naszych szyi, spiętrzając

wartkie nurty. wylaliśmy się jak mleko
na językach wytrąciła się sól, zliżą nas kocięta
które cudem przeżyły próbę wody. nasze cienie

patrzą na nas z góry