Marian lech BednarekMARIAN LECH BEDNAREK – ur. 1956 r. w Zgierzu, poeta, malarz, prozaik, scenograf, twórca teatralny (Teatr Mariana Bednarka), zrealizował 18 spektakli i 5 etiud, które wystawiał na najważniejszych festiwalach teatru alternatywnego w kraju (poznańska MALTA, Krakowskie Reminiscencje Teatralne, Łódzkie Spotkania Teatralne), a także w Teatrze Witkacego, na Międzynarodowym Festiwalu Działań Ulicznych LA STRADA w Kaliszu, na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym WERTEP w Hajnówce, oraz za granicą, m.in.we Francji i na Ukrainie. Teatr powstał 1992 r w Rybniku-Niedobczycach, od 1996 działa przy Fundacji Elektrowni Rybnik. Autor tomików poetyckich: Kawałek Życiorysu 1991, Notatki z Prowincji 1998, Granice Graniczki 2004, Kim Jestem? 2007, Obrazowiersze 2008. Publikował m.in. w: „Czas Kultury”, „Nowa Okolica Poetów”, „Topos”, „PAL”, „Miesięcznik Literacki”, „Strony”, „Okolice”, „Radar”, „Śląsk”, „Psi Vino” (Czechy), „Plama”. W listopadzie 2012 ukaże się zbiór prozy ”Sianoskręt”. Uprawia malarstwo, rysunek, grafikę, instalację, poezję konkretną, a także krótki film eksperymentalny. Redaktor naczelny pisma artystycznego „Plama” w latach 1997-2005. Mieszka we wsi Czernica między Rybnikiem a Raciborzem. e-mail:   marianbednarek@interia.pl    

 

 

 

 

———————

POWSZEDNI DZIEŃ

————————

Dziś poniedziałek,
godzina kości pionowych, nie lubiących się.
Wszyscy jedziemy do pracy wyczerpać kości, mięśnie, krew, ścięgna.
Z daleka uśmiecha się do nas jadło i znika za krzakiem.
Żeby krzaki przyszły do nas, robi się najgorsze rzeczy pod słońcem.

Inaxos, Grecja

—————-

SZPITAL

————

W telewizji Małysz zdobywa chmury a ja w szpitalne łóżko wbijam pazury,
ale nie interesują mnie rymy, mój lot jest niski, przyrośnięty
do prześcieradła, czysta padlina.

Słońce zrzuca łuskę zimowego zesztywnienia.
Nie mogę się skupić, by się przebić przez telewizyjną papkę do siebie.
Obok inni połamańcy podłączeni do niej kroplówką za 6 złotych;
kapie im czas kłamliwie, by zdychali asłonecznie.

Przede mną wzgórze rozkołysane białymi kręgosłupami brzózek.
Cukier mi spada. Ale dziś podskoczył jak zając w trawie, gdy wychłeptałem owocowy
actimel. 239 ma nieżyczliwy posmak – liczby leją się (śpiączka i jawa) po łbach.
Liczba legnie w raporcie u sióstr i będzie mały zgrzyt jutro na przedpolu
białych strażników ludzkości.

Zielony pył uniósł się chmurą i zniknął.
„Zniknął”, „zniknął”, „zniknął” – nad tym słowem trzeba by pomedytować.
Nad każdym szpitalem słowo „ZNIKNĄŁ” powinno być przykręcone do dachu,
zielony lub niebieski neon.
II
Wreszcie noc. Piszę w kiblu przy oknie.
Przemycę kawałek siebie, nie spłukam.
Jeden przyszedł z papierosem i się przestraszył,
wlazł do kabiny i tak razem, oddzieleni cienką pilśnią
tworzyliśmy. Ja górą on dołem. Nie ma co ściemniać,
każdy coś z siebie wyrzucił…

Jastrzębie Zdrój, marzec 2010

————————-

WANNA

————————-
To doprawdy stara wanna, cynkowa, ukrywa ludzkie dusze.
Jak napełnisz ją wodą, to lustro odbija tancerzy z chmur,
uśmiechają się, bo dobry rytm w kościach czują.
I drzewa też się przeglądają jak kobiety przed wyjściem.
Liść spada jak kolczyk do wnętrza lustra
i robi coś na „Pe”, albo jakiś inny plusk.

To oś splotu dziejów. Wysokie cynkowe brzegi
wytyczają całą strategię budowy przyszłości, obrazek za obrazkiem
(awantura, miłość, postacie, kadłuby, płaszcze, sploty, ciosy, cienie).