fot. Arek Łuszczyk

Marcin Zegadło, ur. w 1977 r.,  autor pięciu tomów wierszy: Monotonne rewolucje (Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2003), nawyki ciał śpiących (Biblioteka Studium, Zielona Sowa, Kraków 2006), Światło powrotne (Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2010) oraz Cały w słońcu (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Biblioteka Arterii, Łódź 2014) oraz Hermann Brunner i jego rzeźnia (Wydawnictwo FORMA, Szczecin 2015). Publikował m.in. w Studium, Odrze, Kresach, Czasie Kultury, Arteriach, Tyglu Kultury, Red, Pograniczach, Portrecie, Gazecie Wyborczej. Jego wiersze przekładane były na język rosyjski i ukraiński. W tym roku ukaże się jego szósty tom wierszy zawsze ziemia Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Biblioteka Arterii, Łódź 2018). Mieszka w Częstochowie.

 

WOLNE POWIETRZE

 

Rano słyszeliśmy dzięcioła. Wysoko. Szukaliśmy go
wzrokiem w koronach. Powiedziałaś, że nie powinien
bawić się z nami w konspirację.

Bez ciebie raczej nie mam szans na przeprowadzkę,
a przecież chodzi o to żeby jak najwięcej być w ruchu,
żeby duża rybka połknęła małą rybkę – o tym przecież
mówimy: „życie, życie”, a mówiąc to pozujemy
na smutne małpy, na burzę w warzywnym ogródku.

A co kiedy umiera dziecko? Czy otwiera się wtedy
ziemia pełna tłustych księży? Czy po niebie suną komety
z brokatu i srebrnej bibuły, czy ktoś mówi, co robić

z pluszem i sercem pełnym piór? Powiedz, czy ktoś mówi,
czy może bawi się z nami w konspirację? Biega po lesie
i krzyczy: wszyscy wypierdalać! A cały pokłuty jest światłem,
które spada z koron jak sople. Bez ciebie nie mam szans
na przeprowadzkę. Zostanę i obrosnę w kamień,

a ze mną – drzewo, dom i szkoła, z której teraz
zamiast dzieci, wysypują się martwe pszczoły.

 

TRIP.06.17

 

Znów potrafimy być zmęczeni. W lesie
przy ścieżce ptak z odgryzioną głową, zjadany
przez mrówki. Wokół rozrzucony szary puch,
na którym zakrzepła krew. To jest przypadkowy
spacer, a ty wszędzie widzisz jakieś umieranie.
Na przykład spróchniały pień, w którym gniazdo
os szumi jak stare radio. Albo kobieta i mężczyzna
obok siebie jak fotografie z nagrobków. Mówisz
o tym, a przecież światło urządza tutaj zupełnie
inne migotania, przebicia. W krzewach, o których
nazwę spieramy się przez chwilę, coś porusza się.
Skrzypi. Może powinniśmy nareszcie nauczyć się
mówić do roślin imionami. To jest drzewo, które
mijamy jak kamień, a przecież cały kosmos
płynie przez nie jak gwiazda, którą za kilka godzin
pokażesz mi palcem, na nie do końca jeszcze
nocnym niebie i powiesz: Pomyśl życzenie,
zanim gwiazdka spadnie. I to będzie dowód,
że już nie wierzymy, tylko bawimy się
w jakieś podglądanie. Ponieważ, właśnie o tym
jest ten wiersz. Idziemy.

 

UKŁAD KRĄŻENIA

                                                                     Dla Wi.

.
Kurzy się, wciąż tak samo. Składamy podpisy
na jasnych powierzchniach. Byliśmy tutaj.
Mieliśmy dzieci i rzeczy. Przychodziliśmy do
ludzi. Mówiliśmy: czas, miłość, dom, brak,
obfitość. Mówiliśmy: jebać to albo wypierdalać.
Jedliśmy mięso lub nie jedliśmy mięsa. Psy w nas
spały jak w kojcach. Musiało nam się podobać,
takie smutne święto: że ja w poczekalniach i ty
w poczekalniach, że ciemne pomieszczenia i ogień
drżący w przeciągach. Nocą ćmy biły w okna o światło.
Zostawał po nich srebrny puch na szkle. Nic więcej.
Przetrącone powietrze, moje płuca pełne popiołu i soli.
Twoje płuca jak utopione dzieci. Coraz częściej deszcz.
Wyścig chmur lub pochmurny wyścig. Przyglądam ci się,
kiedy śpisz. Wciąż boję się, że umrę – i nic.