I
NA KOŃCU UMIERA KOPERNIK

————–

NA KOŃCU UMIERA KOPERNIK

————-

Wreszcie uchwyciłem całość!
Boli mnie głowa.

Słońce, jeszcze tylko ono,
nie umie się schować
za deski kurnika.
Gdy myślę:
Toruń,
Olsztyn,
Frombork
małe wiry planet
rozsypane w Wiśle.

—————–

II
PRAWDA LEŻY ZAZWYCZAJ POŚRODKU
(JAK NAM ODBIJA SIĘ W LUSTRZE, NA KACU, PRZY GOLENIU)

————–

Jakie to szczęście, że mamy symetryczne twarze,
zazwyczaj wiemy czego się spodziewać po każdej z połówek.
Odbici w lustrze śpiewamy przy goleniu,
odbicia śpiewają z nami
tyle, że na odwrót.
Czasem zdarza się, że golimy lustro
lecz wówczas któraś z połówek
przecząco,
a któraś twierdząco
kiwa głową,
że właśnie odbiło nam do szczętu.

I jedna zawsze mówi prawdę.

————–

III
KARTONFACET

—————-

Dopiero na twoim tle się wyświetlałem
i było mnie widać troszeczkę.

Cień wy-cień-ty z kartonu, na którym śpię w podziemiach Warszawy.
A we śnie,
ciało odciśnięte na kliszy chodnika.
Moja niewielka kronika na tle tego miasta,
gdzie tylko twarz miałem zawsze niewyraźną

Teraz,
po 8 latach światła w pokoju nie ma
zaciemnienie.
Jakby w obawie przed nalotem
szyby oklejone paskami papieru,
a jednak nie skoczyłaś.

Dopiero na twoim tle poczułem, że żyję
w jednym wymiarze papieru bez przestrzeni,
z przewlekłym dzieciństwem formatu A4.
Dlatego,
więcej nie:
nie będę więcej stateczkiem, czapeczką ani samolocikiem.
Nie będę też zabawą w piekło-niebo.
Nie będę Ikebaną ani Origami.

Nie będę stał pod oknem jak ten ociemniały.
Ubiegłej zimy odzyskałem wzrok
i nawet w ciemnościach widzę.
Tym razem w parku rozłożę karton naszej sypialni,
a wiatr mnie zamiecie.
Wiatr przeszły z welonem śmieci-ślubne zdjęcie.

Czuję,
zbliżają się do mnie tanecznie.
Wiatr.
Nalot.
Niechciana jesień.