Katarzyna Zwolska-Płusa – urodzona w 1986 roku w Częstochowie; absolwentka filologii polskiej i filozofii (rok ukończenia studiów – 2010); doktorantka na studiach w dyscyplinie literaturoznawstwo; od 2010 roku pracuje jako nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii w Zespole Szkół Artystycznych i Akademickich ALA w Częstochowie; członkini zespołu częstochowskiej fundacji Centrum Dialogu Międzykulturowego; asystent w Zakładzie Kulturoznawstwa Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie; szkolenioniec, tutorka. 

 

.

wisła

.
jerzy, trochę tonę, bo co to za pomysł
pływać kolejami śląskimi po torach
metalowych jak bałtyk. w snach wpadam
do morza albo unoszę się nad hotelem
gołębiewski rozświetlonym jak prom.

mała dziewczynka zaprzęga mnie w sanki.
polarowy kocyk, bawełniana rękawiczka
czynią na lodzie znak miłości. nie widzę
a wierzę.

nawet tu wciąż jestem dzieckiem
z PRL-owskiego blokowiska. miażdżę
guguły obcasikiem komunijnych lakierek,
bawię się w „kogut czy kura”, bo tam,
gdzie rośnie kultura, dziczeją pola.

żyję na nieistniejącej wsi. pod ziemią
szczątki zwierząt gospodarskich,wydeptane
ścieżki, sady, piwniczki.

zieleń puchnie cyklicznie, a potem ukazuje
kości, po których wspinam się jak po swojej
chorobie, by pluć jedzeniem jak pestkami.
zrywam kulki, które strzelają pod bucikiem.

i budzę martwe zwierzęta, bo dźwięk niesie się
przez beton jak grzmot, a przecież tych kulek
depcze się dziesiątki.

jestem tu i tam jednocześnie – w twoim, moim,
jej dzieciństwie. stąd odchodzą wody na cały kraj.
to nieco dziwne, wisła płynie jak twoje pisanie,
ale to mnie zabiera do domu.
.

szeol

.
niebo chyli się ku upadkowi.
między drzewami
migotanie przedsionków bogatych domów –
dzisiejsze tętno prowincji.
mario, nie jesteś dobrą matką (serio kupujesz
dziecku prezenty na BP?)
józefie, zabierz małego chociaż siódmego dnia.
dlaczego wciąż uciekasz, głupi ośle?
niebo chyli się ku upadkowi jak źle postawiony dom.
przemów do mnie ludzkim głosem, kochanie.

czujesz? ciśnienie wzrasta aż wszyscy pomrzemy.
.

casper, the friendly ghost
.

nie odwieszam kostiumu na haczyk,
którego używaliśmy do łowienia ryb,
gdy byliśmy dziećmi bez głosu.
(doskonale pamiętam, że nie złowiliśmy
żadnej).
to nie udźwignie niczego poza
przeciwdeszczową peleryną, najlepiej
całkiem transparentną jak sprawy ducha.
jak to o czym myślałeś w kościele.

po śmierci nie pokazałeś mi się nawet
na oczy. ale to dobrze, nie chciałabym
zobaczyć cię tak ubranego jak na deszcz,
z haczykiem z tyłu głowy, mokrego
jak ryba.
gdybym miała chociaż twoje zdjęcie,
mogłabym odwiesić je na haczyk
jak Grochowiak płuca. tymczasem
brak ci kompletu narządów, robisz się

lżejszy i coraz bardziej dostojny. boże,
jakie to straszne dotykać cię przez
własne ubranie i skórę, czuć pulsujące powietrze
(palce są jak skrzela, ruszają się histerycznie

wyrzucone na brzeg podkoszulka).