(ur. 1986), doktorant Wydziału Polonistyki UW, prezes Warszawskiego Koła Norwidologicznego i Koła Literatury i Kultury Modernizmu. Doktorat poświęcił zbliżeniu twórczości Cypriana Norwida i Josepha Conrada do siebie. Poeta i krytyk literacki, autor sześciu tomów wierszy, w tym najnowszych: Manetekefar (2009), Dormitoria (2011) i AltissimumAbiectum (2012). Od 2011 roku pracował nad monograficzną edycją Listów do Seweryna Wandy Karczewskiej, od 2012 pełni funkcję redaktora serii wydawniczej Powrót do Karczewskiej. Laureat nagrody im. Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki im. Wandy Karczewskiej (2011). Jego wiersze zostały przełożone na języki bułgarski, serbski, czeski i słowacki.

 

 

 

Święto losów

 

mieliśmy pewność – mogliśmy was zbawić.
wykupiliśmy pola okarmione ujściami:
hakeldamę, waterloo, ardeny. dzięki sile
wiersza naftowego stawialiśmy sądy.

oczywiście, zabijaliśmy. przetchlinki,
gwintowniki, samorodki – tym stawaliście
się wy, o nieposłuszni. pod śmiertelną
burką, chodnikami magnitogorska

razem ze stołami egzekucji odrastała
wasza łasicza głowa. tłumaczyliśmy
akolitom: oto dziwki, krasnorosty
ukryte w samym sercu kraju.

na dalekim dnie psiej gałęzi
nie było pestek gniewu,
niepewności pogody –
mówiliśmy dziwu:

gazie jaskrwawy, ginczanko
tryskająca mową bezludną,
wiejadle oblany treścią
gorejącą –

– już się nie kołyszesz.

Villon

 

umrę klaudio, a ty zanurzysz mnie
w obłoku. pan mój i bóg mój –
w sztolniach i na promenadzie
ropiejącego nieba. co miałem

ugrać ślepym losem? trefl urny?
czarnofigurowe dzieło eksekiasa?
chleb owinięty w rytm jak
w osypującą się sierść?

a jeśli boginka stylu kierowała
wszystkimi: elektrą, sade’em,
hemingwayem, wojaczkiem,
a dzieło życia pożarły dzieła

świata? niczego nie znalazłem:
umów ani praw. wyprawiono
mnie z listem, ogłuchłem
od eksplozji.

————

Delaware

 

Cóż gorszego jak słyszeć płacz
późno zrodzonego dziecka?

R. Lowell

Byłem okiem snycerza i nie rozumiałem,
że pod gazą batystu wszystko, co umkliwe
przędza stopiła w szylkret, oddaliła wniwecz
kanwy spięte w mandorlę przenikliwym ciałem.

Łatwo można mnie było uczyć śpiewu przedmieść,
połowu ryb w Wilmington, wersów Odysei,
spod dachu Sorensenów – dźwięk zbitej kamei,
gdy spadłem z wysokości modlitwy powszedniej.

Boże, przebacz – mówiłem – okłamałem wszystkich,
na znak dany przez bogów wbiegłem do królestwa,
szukając Penelopy wśród zabitych mistrzyń,

podmywanych ogrodów. Resztki rąk jak przęsła,
szczątki dłuta – skrzepliny. Ananke świetlista
ciemniała w oceanie. Wiotka. Czarnoksięska.

Kołobrzeg, 1.08.2011r.