11069423_10203601301067770_5892852731642821982_nAgnieszka Marek – bielszczanka, urodzona w 1977 r. Ukończyła filologię polską
na Uniwersytecie Śląskim i podyplomowo bibliotekoznawstwo. Pracuje jako nauczycielka języka polskiego i wiedzy o kulturze. Laureatka kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in. J. Różewicza (nagroda główna – 2013 r.), Struny Orfickiej (I nagroda – 2014 r.), M. Czychowskiego (nagroda główna – 2014 r.), J. Kulki, R. Wojaczka, M. Hłaski i wielu innych.

Publikacje:czasopisma literackie „Migotania”, „Bliza”, „Tygiel”; „Topos”, „Szafa”, „Helikopter OPT”, portale poetyckie: Pisarze.pl, Salon Literacki, Latarnia Morska; tomiki i almanachy pokonkursowe.

Debiutancka książka poetycka „Wypuść mnie, wypuść” ukazała się w 2013 r. Była to główna nagroda w konkursie im. J. Różewicza w Radomsku

Znaki

Bezsenność ma smak twoich palców i tego się obawiam.
Double bed znów jest zbyt duże, gubię się na każdym z brzegów.
To przekładanie nóg, szukanie chłodnych miejsc na pościeli


nie przynosi rezultatów. Pamięć nie stygnie tak szybko jak ciało,
nie tężeje. W przełyku wciąż jeszcze tamten smak, powraca
jak wyrzut. Fotografie, a nawet filmy. Czarne wstążki, którymi


związywałeś mi dłonie , dyskretnie milczą w twojej szafie. W końcu
nie jestem skrępowana. Dopiero rankiem zaskoczą mnie zdjęcia
moich snów, które wkleisz bezlitośnie. Takie oznajmienie światu,


że niby jestem. Nikt nie skomentuje.

Odkrycia

Najbardziej lubię niezaścieloną wyspę i zapach,
który kroplami wrasta w prześcieradło. Bez trudu
odnajduję w nim jin i jang, nasze skradanie na palcach,
później nagłe decyzje. To jednak zaskakuje –

muszę być pogryziona do krwi, cięta na pół mocnymi,
gwałtownymi ucieczkami. Wtedy prawie nie boli to,
co próbowałam spłukać z siebie pod prysznicem. Ten czas,
kiedy znikasz gdzieś pomiędzy miastami, a GPS głupieje

pomimo natrętnych aktualizacji. Dlatego gdy topisz się
we mnie – wracamy. Wciąż oboje i znów nieosobni.
Zalogowani w sobie hasłami chcę i jeszcze.

O matce (bo nie mogę inaczej)

Diagnoza boli od lutego. Paradoksalnie najbardziej,
bo ciebie nie bolało nic, do samego końca, a lekarze
coraz szerzej otwierali oczy. Listopad kolejnego roku

przynosi gładką, bursztynową płytę, twój uśmiech
zaklęty w porcelanie (znów jesteś inna i ponownie
niektórzy wydają się być zgorszeni). Jak na tę porę

roku jest zbyt ciepło. Samoloty z pobliskiego lotniska
nic sobie z nas nie robią. Znamy te akrobacje: nie spuścić
głowy w dół, nie płakać zbyt często. Doraźnym rozwiązaniem

może być skupienie wzroku na zniczu, niemal nałogowe
wdychanie stearyny. Wymiana długopalących się wkładów
co trzy dni. Prawie jak chemia.